O przedszkolu
Aktualności
Biuletyn Informacji Publicznej
Strefa Rodzica
Grupy Przedszkolne
Zajęcia dodatkowe
Opłaty
Żywienie
Jadłospis
Polecamy
RODO
Archiwum
Rekrutacja
Kontakt

line

Wychowanie: Kara nie uczy dobrych zachowań. Ona tylko powstrzymuje te niedopuszczalne

"Nie powinniśmy opierać wychowywania dziecka na karach, bo wtedy jest to tresura, a nie nauka. Ale stosowanie nagród też jest ryzykowne.." - rozmowa z psycholożką Barbarą Arską-Karyłowską zamieszczona na łamach czasopisma "Wysokie obcasy" z dnia 30.05.2015 - rozmawiała Aleksandra Szydło.

line


Coraz więcej mówi się o tym, żeby unikać karania dzieci. Zapytam przewrotnie: czy istnieje taka sytuacja, w której kara jest zasadna?

Tak. Ale zacznę od odpytania pani. Do czego pani zdaniem służy kara?

Na przykład siedzimy w pizzerii, córka z synem kopią się pod stołem, rzucają serwetkami i wyją. Proszę, tłumaczę - nic nie pomaga. W końcu mówię: "Jak nie przestaniecie, nie będzie bajki przez trzy dni".


Czyli po co jest ta kara?

Żeby przestali.

No tak, prawie dobrze. Kara ma zastosowanie, kiedy chcemy natychmiastowo przerwać jakieś działanie dziecka. Dlaczego twierdzę, że pani przykład jest prawie dobry? Bo ograniczyłabym się ze stosowaniem kar do sytuacji, gdy działanie dziecka zagraża bezpieczeństwu i trzeba to zachowanie przerwać natychmiast. Dziecko wybiega na ulicę. Wchodzi dziesiąty raz na zjeżdżalnię pod prąd, mimo że na placu zabaw jest tłok i w każdej chwili grozi kolizja. Wtedy stosujemy karę.

Kara powinna być bezpośrednio związana tematycznie z niepożądanym zachowaniem dziecka, działać natychmiast i uchronić dziecko przed niebezpieczeństwem. Czyli np. za wybiegnięcie na ulicę sześciolatek do końca spaceru idzie prowadzony za rękę. A nie: "Za wybiegnięcie na ulicę po powrocie do domu zabiorę ci klocki na tydzień", "Za uparte wdrapywanie się na zjeżdżalnię pod prąd natychmiast opuszczamy plac zabaw".

Znam dzieci, które powiedzą: "No i co z tego, wcale już nie muszę być na tym placu zabaw, i tak mi się znudził".

Tym bym się akurat w ogóle nie przejmowała. Dziecku takie rzeczy nie są obojętne, nawet jeśli świetnie udaje, że są.

A co zrobić, kiedy np. młodsze bije starszego brata, robi to notorycznie, ale też niejako w obronie, bo starszy brat mówi mu coś przykrego? Co zrobić, jeśli prośby nic nie dają?

Reakcja rodzica powinna zależeć od tego, jak bardzo dzieci są zaangażowane w konflikt oraz ile czasu i cierpliwości ma w danej chwili rodzic. Można po prostu powiedzieć: "Nie dogadujecie się, więc was rozdzielam do chwili, kiedy powiecie sobie, że możecie się już razem bawić". Następnie wysyłamy każdego chłopca do innego kąta pokoju lub do różnych pokoi i dajemy im inne zabawki.

Można się skupić na nauce rozwiązywania konfliktów. Dorosły werbalizuje konflikt i pyta dzieci, jak można go rozwiązać, a następnie analizuje z dziećmi podawane przez nie rozwiązania. Dobrym podręcznikiem jest tu książka Elizabeth Crary "Od kłótni do współpracy". Można też rozmawiać ze starszym dzieckiem o przyczynach jego zachowania, o tym, jakie ma ze swojego zachowania korzyści i jakie straty, oraz o przyczynach zachowania brata.

A dlaczego kara za potworne zachowanie w pizzerii jest nie najlepszym pomysłem?

Z dwóch powodów. Po pierwsze, kara nie uczy dobrych zachowań. Ona tylko powstrzymuje te niedopuszczalne. Nie powinniśmy więc opierać na karach wychowywania dziecka, bo wtedy jest to tresura, a nie nauka. Jak najmniej kar.

Po drugie, jeżeli wychodzimy z dzieckiem do restauracji, to rolą rodzica jest zaplanować to wyjście tak, aby była duża szansa, że będzie to pozytywne doświadczenie dla wszystkich. Oczywiście jeśli ktoś ma dziecko spokojne, ciche, to nie musi sobie tym, co teraz mówię, zaprzątać głowy. Ale jeśli mamy dziecko nadpobudliwe, bardzo ruchliwe, niecierpliwe? Rodzic takiego dziecka przecież wie, że jeżeli usiądzie w restauracji, zacznie rozmawiać z innymi dorosłymi, a dziecku każe czekać pół godziny cicho przy stole na tę pizzę, to będzie źle. I nieważne, że dziecko przed wejściem skuszone pizzą zapewnia, że tym razem będzie supergrzeczne. Ono w tym momencie naprawdę w to wierzy. Ale my, dorośli, nie powinniśmy uwierzyć. My przecież wiemy, że wchodzimy na minę, i powinniśmy wiedzieć, że akurat to dziecko tej obietnicy nie będzie umiało dotrzymać.

To co taki rodzic ma zrobić?


Powiedzieć dziecku jasno, w jakie miejsce idziemy i jakie tam będą panowały zasady. Nie chodzi o to, by wygłosić przydługawy wykład na temat zachowania w restauracji. Trzy-cztery proste reguły. Lepiej pozytywne, a nie negatywne. Czyli: "Siedzimy przy stole i mówimy cichutko", a nie: "Nie biegamy i nie krzyczymy". Upewnijmy się, że dziecko zapamiętało i rozumie zasady. I zadajmy mu pytanie: "Co chcesz wziąć ze sobą, żeby się tym zająć, gdy ja będę rozmawiała z ciocią?". Mój wnuk prosi np. o książeczkę z naklejkami. To dorosły jest odpowiedzialny za to, żeby tak zorganizować wyjście, by dziecko miało realne szanse odnieść tam sukces, czyli zachować się zgodnie z zasadami i zostać za to pochwalone. My, rodzice przewidujący i najlepiej znający nasze dziecko, możemy wpływać na zachowania malucha. Tworzyć taką przestrzeń, by jak najwięcej było tych zachowań pożądanych.

Niestety, nagminnym błędem rodziców w sytuacji typu pizzeria jest zwracanie uwagi na dziecko tylko wtedy, gdy zrobi coś złego. Obserwowałam kiedyś w kawiarni dziewczynkę, na oko trzyletnią. Mama rozmawiała z koleżanką, mała grzecznie rysowała obok. Nikt nie zwracał na dziecko uwagi. W końcu mała się znudziła, wstała i wyszła na ulicę. Oczywiście wtedy mama i jej koleżanka natychmiast wybiegły za dziewczynką, złapały ją, wzięły na ręce, mówiły do niej. Posadziły dziewczynkę - znów rysowała. Ale już się nauczyła, że jeżeli pójdzie w stronę drzwi, to zdobędzie zainteresowanie mamy. Będzie super! Klasyka: wkrótce cały czas stała z jedną nogą za progiem i wpatrywała się, czy mama widzi.

Zmierzam do tego, by okazywać zainteresowanie dziecku również wtedy, gdy jest ciche i grzeczne. Zainteresowanie rodzica to jedna z najfajniejszych nagród dla dziecka. Nie uczmy go, że najłatwiej może je zdobyć, robiąc coś wbrew. Zależy mi na tym, żeby podkreślić: jeżeli całe nasze wychowywanie jest spójne, to sytuacje, które wymagają kary, są rzadkie.

Od lat żyłam w przekonaniu, że alternatywą dla kar są nagrody. Tymczasem ostatnio wybitny neurobiolog prof. Gerald Hüther powiedział mi w wywiadzie, że nagradzanie dzieci obniża ich motywację wewnętrzną. Wykazał to eksperyment: naukowcy podzielili przedszkolaki na dwie grupy i usadzili je w dwóch pomieszczeniach. Dzieciom z obu grup zaproponowano zabawę w rysowanie. Ale jednej grupie dodatkowo obiecano nagrody za rysunki. Co się okazało? Dzieci, którym nie obiecano nagrody, rysowały chętniej i dłużej. Tym, które czekały na nagrodę, rysowanie przestało wydawać się atrakcyjne, chciały już tylko jak najszybciej skończyć rysunek, żeby dostać nagrodę.


Tak, racja, w wielu sytuacjach występuje ryzyko w stosowaniu nagród. Opowiem swój ulubiony dowcip na ten temat. Chłopcy na podwórku wymyślili, że będą się bawić, odbijając piłkę od ściany. Lokatorowi z parteru aż huczy w głowie od hałasu, więc wychyla się przez okno i mówi: "Chłopaki, płacę każdemu 10 zł za rzucanie całe popołudnie piłką w ścianę. I możecie zaprosić też kolegów". Fama szybko się roznosi po podwórku. Niesamowita okazja, chłopaki, co to za facet z tego sąsiada? Zabawa trwa. Po tygodniu sąsiad wychyla się znowu: "Chłopaki, tylu was przyszło i tyle to trwa, że nie stać mnie na to, by płacić wam wciąż po 10 zł. Od dzisiaj płacę po 5 zł". I co się stało? Chłopcy natychmiast przestali rzucać piłką. "Za 5 zł? Musielibyśmy być frajerami", stwierdzili. A przecież tydzień wcześniej byli gotowi robić to za darmo, sprawiało im to przyjemność i nie potrzebowali nagród.

Więc tak, ogólnie zgadzam się z prof. Hütherem. Lepiej rozsmakować dziecko w nauce matematyki, niż obiecywać mu lody za rozwiązane zadanie. Jest jedno ale. Niektóre dzieci mają szczególne trudności w danej dziedzinie. Na przykład mały dyslektyk. Dziecku, które nie ma tej przypadłości, stosunkowo łatwo jest pokazać, że nauka czytania się opłaca. Nagrodą jest samodzielny dostęp do świata, do którego wcześniej nie miało dostępu: bajek, komiksów, instrukcji do gier itd.

Ale dyslektyk? Wysiłek, jaki musi włożyć w naukę czytania, jest ogromny, a nagroda nie przychodzi i nie przychodzi. Jeśli mielibyśmy położyć na wadze ilość pracy, którą mały dyslektyk musi włożyć, to na drugiej szali ewidentnie nie ma tego naturalnego wynagrodzenia. A szale powinny być jednak na równym poziomie. Dziecko nie potrafi ślęczeć nad tymi nieskładającymi się w nic literkami kilka godzin dziennie tylko dlatego, że to inwestycja na przyszłość, która mu się zwróci za dziesięć lat. No nie.

Uważam, że w takim wypadku trzeba się z dzieckiem umówić na nagrodę, bo najważniejsze, aby nauczyło się czytać, a wewnętrznej motywacji do czytania to dziecko nie ma i dopóki się nie nauczy czytać, nie będzie jej miało. Codziennie dziecko może dostawać punkty za czytanie, a w niedzielę wymieniać je na nagrody, np. kino w niedzielę rano za tydzień pracy. Możemy nawet płacić pewne kwoty pieniędzy, jeśli np. dziecko zbiera na deskorolkę. Ważne, żeby tego systemu nie rozszerzać na wszystkie obowiązki dziecka, ale stosować go w naprawdę wyjątkowych przypadkach, kiedy dla dziecka dane zachowanie jest bardzo trudne i nienagradzające.

Co to znaczy kształtowanie zachowania dziecka bez kar i nagród? Przecież nie da się całego życia przygotować, zaplanować i omówić z dzieckiem wcześniej tak jak wyjścia do pizzerii. Zamiast do zabawy trzeba przysiąść do lekcji, bo zostały zadane w ilości ponadprzeciętnej, i draka gotowa.


Dziecko, podobnie jak każdy człowiek, ma prawo do wszystkich emocji. Wszystkie emocje dziecko może przeżywać i wszystkie wolno mu przeżywać. Również złość czy wściekłość. Nie ma sensu mówić dziecku: "Nie masz prawa być wściekły na kolegę/mamę/panią w szkole", "Nie masz prawa czuć zazdrości". Zły i niedopuszczalny może być natomiast sposób wyrażania emocji. A jaki jest akceptowalny sposób ich wyrażenia? Tego musimy dziecko nauczyć, bo z tym się nie rodzi.

Kontrolowanie sposobu wyrażania emocji to kwestia rozwojowa. Oznacza to, że dziecko do tego dojrzewa. Jedno szybciej, drugie wolniej.

Dobrym sposobem na dziecięcy wybuch wściekłości jest time out (izolacja). Jest to czas, który dajemy dziecku, by opanowało emocje. Niech to będzie z góry ustalone miejsce: pokój dziecka czy fotel na uboczu. Jeśli w dziecku wzbiera złość i czujemy, że za chwilę nastąpi wybuch, to przypomnijmy mu: "Widzę, że czujesz złość. Idź do swojego pokoju". Ważne, by nie traktować tego jako karę. To nie ma być "karny stołek" promowany jakiś czas temu w popularnym programie telewizyjnym. Ani żadna ośla ławka. W tym umówionym miejscu dziecko nie musi siedzieć na baczność ani twarzą do ściany. Chodzi o to, by opanowało tam swoje emocje bez wyżywania frustracji na innych. Bez kopania, bicia, obrażania itp.

Jeżeli dziecko pójdzie w to umówione miejsce i zabierze się do rysowania czy czytania komiksu, będzie głęboko oddychało albo liczyło wspak od 100 do 0, to OK. Pozwólmy mu na to. Przecież my też robimy różne rzeczy, żeby się uspokoić, gdy jesteśmy wściekli. Pijemy herbatę czy malujemy paznokcie. Tak więc time out nie jest karą i jeżeli dziecko pójdzie na ten "fotel" i się opanuje, to wręcz należy mu się za to pochwała. To jest nauka radzenia sobie z trudnymi emocjami. To, czy dziecko będzie traktowało time out jako karę, czy nie, zależy od nas. Czy będziemy umieli powiedzieć mu, że jego emocje są w porządku, ale każdy musi się nauczyć mieć nad nimi kontrolę, więc czas wyjść do pokoju, by nie narobić głupot? Czy zaczniemy wrzeszczeć na dziecko, że ma się wynosić i je obrażać? W tym drugim wypadku nie samo odseparowanie, tylko nasz wrzask i nasze słowa są karą.

A jeżeli dziecko nie chce wyjść?


Reakcja rodzica zależy od wieku dziecka. Jeśli dwulatek ugryzł brata, to po prostu wstawiamy go na chwilę do kojca, pokazując wyraźnie, że zrobił coś nieakceptowalnego i dlatego chwilowo zostaje odseparowany. To jest taki time out w wersji dla najmłodszych. Dla dwulatka najistotniejsza jest sama akcja: ugryzł - został odseparowany. Nie ma co się rozwodzić w tłumaczeniach, dlaczego idzie do kojca, bo dla takiego malucha to za wcześnie. Przedszkolak z czasem się nauczy, gdzie jest miejsce uspokajania się, co nie oznacza, że zawsze będzie chciał z niego skorzystać.

A co robić, jak nie zechce? W domu goście, syn miał iść o dziewiątej spać, ale nie idzie. Piekli się, nie ma mowy, żeby poszedł się uspokoić.

Szkolniaka nie wyniesie pani na siłę do jego pokoju, bo to by była jakaś szarpanina. W takiej sytuacji sposobem jest ignorowanie dziecka. Przestajemy je widzieć, nie reagujemy na jego zaczepki, pretensje, pytania. Dla rodzica jest to wbrew pozorom trudne zadanie, wymaga uruchomienia dużych pokładów cierpliwości. Również siły, by nie ulegać "dobrym radom" lub nawet perswazjom innych dorosłych: zrób to, zrób tamto, ukarz go, wlej mu itd., itp.

W końcu się zmęczył i usnął. I następnego dnia co? Może jednak należałoby jakoś okazać, że sytuacja jest niezałatwiona, np. odwołać umówione pójście do kolegi? Zaaresztować kieszonkowe, by nie zaczął dnia od sprawiania sobie przyjemności?


To zależy, jak jesteśmy z dzieckiem umówieni. Jak coś już dziecku daliśmy czy obiecaliśmy, to nie wolno mu tego odbierać. To jedynie rodzi frustrację i podważa zaufanie. Możemy natomiast umówić się z dzieckiem, że za przestrzeganie zasad będzie otrzymywało przywileje. Niektóre przywileje są więc bezwarunkowe, a inne można zarobić bądź nie. Czyli: jeśli będziesz przestrzegał naszych domowych zasad, to na koniec każdego dnia zarabiasz uśmiechniętą buźkę. Jeżeli w tydzień zbierzesz pięć buziek, to idziemy do kina.

Nie jest dobrym systemem dawanie w poniedziałek siedmiu buziek i za złe zachowanie zabieranie po jednej. Takie odbieranie to właśnie kara, a więc zwraca uwagę na zachowania niewłaściwe zamiast na właściwe.

Taki system wychowawczy stosowany jest również w wielu szkołach. Na początku roku dzieci dostają pulę punktów, które potem za różne "przestępstwa" się dzieciom odbiera. Dzieci bardzo źle to przyjmują. "Niby było moje, a teraz mi zabierają!"

Czy domowe zasady powinny być spisane? Czy w ogóle jest to wykonalne? Przecież nie wszystko da się spisać.

Nie wszystko da się spisać i domowe zasady nie powinny wszystkiego obejmować. Chodzi o to, by dziecko wiedziało na pewno o kilku bardzo ważnych sprawach i tych najważniejszych granic nie przekraczało. Zwykle jest to kilka ważnych zasad i te kilka można zapisać. W różnych rodzinach te zasady są różne i zmieniają się w zależności od wieku dziecka. Dla rodziców przedszkolaka ważną zasadą może być mycie rąk przed każdym posiłkiem, a dla rodzica nastolatka najważniejsze może być to, żeby zawsze informował, dokąd idzie, i zawsze wracał o godzinie umówionej z rodzicem.

A jeżeli dziecko się nie awanturuje, tylko zwyczajnie odmawia wykonywania obowiązków?


Wtedy warto stworzyć taki system wzmocnień, żeby mu się nie opłacało odmawianie.

Do nastolatka: "Wyjdziesz do znajomych, dopiero jak pozmywasz (bo umawialiśmy się, że ty zmywasz po kolacji). Pójdziesz na sobotnią imprezę, jeśli w pokoju będzie porządek". Do kilkulatka: "Pójdziesz na ukochaną lekcję baletu/ plac zabaw, jeżeli przedtem powkładasz klocki do pudełka".

Ale to mama nie odpuści baletu, bo po pierwsze - zapłaciła, a po drugie - zależy jej, żeby dziecko robiło postępy.

Jeśli mama nie ma zamiaru odpuścić baletu lub wyjścia na dwór w ładną pogodę, to nie powinna była wypowiadać zdania: "Pójdziesz na ukochaną lekcję baletu/plac zabaw, jeżeli przedtem powkładasz klocki do pudełka". Dziecku nic się nie stanie, jeżeli raz mimo pięknej pogody przesiedzi całe popołudnie w domu. A za to się nauczy, że mama nie żartuje, jak mówi, że trzeba poskładać zabawki przed wyjściem.

Dziecko się poawanturowało, potem uspokoiło. Coś tam sobie robi w pokoju, nie przeprasza nas. Warto byłoby jednak omówić to, co się stało. Mam iść do niego pierwsza?

Dziecko to nie jest pani równy partner. Przecież to nie tak, że pani się obraża, a ono musi przepraszać. I pani albo wybaczy, albo jeszcze poudaje obrażoną. Pani rolą jest modelowanie zachowań dziecka tak, żeby wskazywać mu te dobre i do nich zachęcać. Tak, żeby nie dopuszczać do tych złych, a jeśli już wystąpią, to je ukrócić. Spokojnie może pani iść pierwsza do dziecka i z nim porozmawiać. Nie powinniśmy się obrażać na dziecko. Podobnie jak ja nie mogę się obrazić na swojego pacjenta na terapii. Niezależnie od tego, jak się zachowa. To nie jest ta relacja.

A jeśli postąpimy niekonsekwentnie? Powiemy: "Jak zobaczę, że jesz śnieg, to wracamy do domu". Jednak potem dziecko je ten śnieg, ale jest tak pięknie, nie chce nam się wracać i odpuszczamy. Co taka niekonsekwencja robi dziecku?

To szkodzi raczej dorosłemu niż dziecku. Taka niekonsekwencja spowoduje, że dziecko będzie tego rodzica bardziej testowało. Wczoraj tata mi groził, ale groźby nie spełnił, no to spróbujemy dzisiaj, może znowu się upiecze. Mówi, że nie wolno otwierać komputera przed odrobieniem lekcji, że jak otworzę, to nie będzie bajki, no ale może tak jak wczoraj zapomni o konsekwencjach.


Dr Barbara Arska-Karyłowska - psycholog i psychoterapeuta dzieci i młodzieży, kierowniczka Zakładu Psychologii Klinicznej Dziecka i starszy wykładowca w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie

line